Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 571 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Historia pewnego listu.

piątek, 02 października 2009 9:35
Skocz do komentarzy

Historia pewnej rodziny.

Jak ptak do gniazda.

Koła samochodu buksują w gęstej glinie, leje deszcz. Kilometr, dwa, a może pięć? Nie wiem, ile dzieli mnie jeszcze od maleńkiej osady leśnej Grąziowa? Przecież nie poddam się. Tak długo szukałam tego miejsca, prawie nie wierząc, że je odnajdę. Teraz, kiedy już jestem niemal u celu podróży, jakaś siła chce mnie zatrzymać. A może to sprawka wiejskiej wiedźmy, o której babka Anna opowiadała, że bydło na jej widok ze strachu wchodziło na pionową ścianę, kalecząc kopyta, a syna wyszkoliła na złodzieja tak dobrze, że podczas rozprawy sędziemu ukradł zegarek, z więzienia kominem uciekł, a potem ze złości domy podpalał. Na grząskiej drodze nie widać nikogo, tylko strugi deszczu wypełniają kałuże. Spoglądam na starą fotografię prababki Tekli, którą wzięłam ze sobą. Musiała iść tędy wiele razy - na odpust do Kalwarii Pacławskiej, po zioła, którymi leczyła, a nawet do dalekiego Przemyśla, właśnie tym leśnym skrótem. Skoro udało się prababce trafić, gdzie należało i zawsze zdążyć na czas do rodzącej położnicy, to i mnie się uda.

- Pomożesz mi? - pytam, patrząc na pożółkłe zdjęcie.

Nagle deszcz przestaje padać, nad lasem unoszą się obłoki mgły, ponawiam próbę i samochód wytacza się z błotnej pułapki. Prababka Tekla, zielarka i wiejska akuszerka spogląda na mnie ze starej fotografii. Jest poważna. Czarne, długie warkocze schowała pod chustką, której jak mówiła, nigdy nie zamieni na kapelusz. Obok niej stoi mała dziewczynka, najmłodsza córka Anielka. Tak samo jak matka skupiona, poważna, wpatrzona w obiektyw. Nie wiadomo czy do prababki Tekli trafił kiedyś podobny list, jak ten, który z sobą wiozę, z dalekiej Argentyny - od jej syna Mikołaja, wujka mojej matki. Dojeżdżam do tablicy z napisem Grąziowa. Z dawnej, wielkiej osady i kilkuset gospodarstw, zostały zaledwie cztery. Tylko stare, opuszczone sady, pełne karłowatych drzew są śladem dawnych domostw. W którą stronę się skierować? Najlepiej na początek wsi? Tylko gdzie ten początek? Wypatruję studni, do której z żalu wskoczyć chciała piękna ukraińska żona wuja, Justyna. - Nie maju z kim żyty, ide utopiś, śpiewała, wypłakując swój żal. Czy to z jej powodu wybrał Mikołaj podróż do dalekiej Argentyny? I dlaczego nie kochał tej pięknej kobiety? Nikt już nie pomoże mi niestety w rozwikłaniu rodzinnej zagadki. A jeśli powodem nie była miłość do innej, tylko jego ojczym, bo miał twardą rękę dla przysposobionego chłopca. A może zwykła podkarpacka bieda, która wygnała stąd za chlebem wielu ludzi? Pierwsza wyjechała na pewno w 1920 roku moja babka Anna Kowal, z mężem Szymonem i rocznym synkiem Włodzimierzem, do Francji. Po kilku latach zdecydował się opuścić Grąziową jej brat, Mikołaj Lachowicz, syn Marcina i Tekli, z domu Kwolik. Dlaczego wybrał kraj tak daleki, jak wyglądała długa podróż przez morze? - nie ma na ten temat żadnych wiadomości. List, jedyny dowód, że Mikołaj dotarł do swojej ziemi obiecanej, przyszedł do Francji w 1932 roku. Napisany został 12 października, na maszynie do pisania, fioletowym tuszem. I tylko dlatego dziś jeszcze bez trudu, po tylu latach można odczytać jego treść.

Droga Siostro

List od ciebie otrzymałem za który serdecznie ci dziękuję i równocześnie witam cię tymi samymi słowami, co ty mnie, a to jest na wieki i wieków. Cieszę się bardzo, że o mnie nie zapominasz, jak też i twoje dzieci, które miałbym życzenie kiedyś zobaczyć. Również cieszę się z tego, że Pan Bóg najwyższy darzy was zdrowiem. Ja Bogu dzięki też zdrów jestem a powodzenie moje to już było rozmaite. Miałem już wprawdzie zarobionych 1800 pesos ale chciałem się czegoś dorobić i wziąłem ziemię w dzierżawę, nawet kupiłem traktor, t. j. pług motorowy i zacząłem gospodarzyć. Jednak inaczej się stało, po zasianiu przyszła szarańcza i zżarła wszystko. Posiałem kukurydzy 60 hektary i lnu 65 hektary lecz plagi zniszczyły. Pracowałem dzień i noc, jak sama mnie znasz z domu, miałem kilkanaście koni i te wyzdychały prawie z głodu. Przykro mi było bardzo, bo miałem u siebie najętych 2 robotników i nie miałem czym zapłacić. Teraz znajduję się w krytycznym położeniu i co dalej będzie, to Pan Bóg wie. U was w tej Francyji to o wiele lepiej, bo każdy młody to może choć na piechotę zajść do swojego kraju, a my musimy czekać aż chyba morze wyschnie. Co do stosunków w Argentynie, to są opłakane. Ludzie tysiącami pod gołym niebem leżą jak na wojnie, tylko na wojnie to chociaż jeść dawali. To są młodzi ludzie i zdrowi, same ręce do pracy, ale jej tu nie ma.


Teraz bym chciał wiedzieć Władziu czy ty chodzisz do szkoły i w której jesteś klasie? Radzę ci, żebyś nie tracił czasu i uczył się bo to na starość jest potrzebne, bo inaczej wygląda człowiek na świecie gdy coś umie. Na razie więcej nie mam co do pisania tylko was pozdrawiam do miłego zobaczenia się z wami. Przesyłam wam swoją fotografię, abyście nie zapomnieli o mnie i widzieli jak wyglądam teraz.

Wasz brat i wujek

Lachowicz Mikołaj

Był to jedyny list od brata, który dotarł do mojej babki Anny i jedyna fotografia, wykonana w zakładzie fotograficznym w Santa Fe. Przystojny mężczyzna w czarnym garniturze siedzi na krześle, skupiony i poważny jak jego matka, a moja prababka Tekla. Jak ona, patrzy prosto w obiektyw, brodę podpiera dłonią. Widocznie w takiej dostojnej pozie usadził go miejscowy fotograf. Nie jedną godzinę spędziła moja babka, wpatrując się w zdjęcie brata. Wiele razy czytała list i płakała nad losem wygnańca, który zamiast do wymarzonego raju, trafił do piekła. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że i jej życie będzie pełne trudu i nieszczęść, a los nie oszczędzi najgorszych doświadczeń. List do 1940 roku leżał w torbie z dokumentami, świadectwami szkolnymi dzieci, metrykami i zdjęciami najbliższych. Po zajęciu Francji przez pierwsze oddziały niemieckie babka Anna, dziadek Szymon z moją matką Heleną i najmłodszym synem Jankiem, wsiedli do bydlęcego wagonu. W ciągu godziny musieli spakować swój dobytek. Moja babka zamiast ciepłej pierzyny czy palta, wzięła torbę z dokumentami. Poganiani kolbami niemieckich żołnierzy, zaczęli wchodzić do wagonu i nagle cenna torba upadła. Rodzinne zdjęcia rozsypały się na peronie, deptane przez innych wsiadających. Nie było czasu ich zbierać. Gonione wiatrem spadły na tory. Zostały tylko te dwa, prababki Tekli z małą Anielką i list z fotografią - brata Mikołaja. Teraz z Argentyny trafił razem z adresatką do baraku w niemieckim majątku Schwarzow, na długich pięć lat. Torba leżała pod siennikiem. Tylko czasami w niedzielę, zaglądała do niej babka Anna, szukając książeczki do nabożeństwa. Przy okazji sprawdzała czy list i fotografie są na swoim miejscu. Podobnie jak brat w dalekiej Argentynie i ona poznała smak niewolniczej pracy. Młóciła zboże w 30 stopniowym mrozie, dźwigała ciężkie kosze z ziemniakami, obrabiała buraczane pola. Dziadek pracował przy koniach, jej córka, a moja matka, razem ze swoją matką Anną w polu. Kiedy zbliżał się front, musieli uciekać. Babka do torby z listem włożyła arbeitzkarty, na dowód że wracają z niewoli. Z niemieckiego majątku pod Szczecinem, trafili do Bydgoszczy, potem do Józefowa, wreszcie do Stargardu Szczecińskiego. I tutaj mogłaby się zakończyć historia listu, ale inna pisana mu była droga, inne miejsce i adres wyznaczył los. Widać miał kiedyś powrócić jak ptak do swojego gniazda, do dalekiej Grąziowej, na Bukowinie, tuż przy granicy z Ukrainą. Babka poszła na targ z torbą, z którą nigdy się nie rozstawała. Postawiła ją na chwilę przy straganie z warzywami i... zapomniała. Kiedy wróciła szukać zguby, już jej nie było. Płakała całą noc, odmawiając sto koronek do Świętego Antoniego. Rano ktoś przyniósł torbę z listem i innymi dokumentami. Leżała w ruinach. Widocznie złodziej nie znalazł w niej nic cennego, skoro porzucił łup. Po śmierci babki Anny strażniczką listu została moja matka Helena. Do listu wuja dołączyła następny - jedyny list, od brata Janka, który przeżył wojnę, walcząc w bitwie o Anglię. Dlaczego tylko raz napisał do siostry i matki? Jak potoczyły się jego losy, na zawsze już chyba pozostanie zagadką. Wuj Mikołaj Lachowicz nigdy więcej nie napisał żadnego listu. Nie wiadomo czy dorobił się majątku, czy żył w nędzy? Najstarszy syn mojej babki Anny zginął, walcząc o Polskę w Hiszpanii. Prababkę Teklę i małą Anielkę wywieziono na Syberię. Zamarzły w Tajdze. Nigdy nie powróciły do Grąziowej.

Trafiłam do niej tylko ja, prawnuczka Tekli, wnuczka Anny, z listem, wysłanym w 1932 i zdjęciami z rodzinnego albumu. Tylko gdzie szukać śladów przeszłości? Prababka Tekla patrzy na mnie z fotografii, a ja znowu wypatruję pomocy u tej twardej chłopki, która wzgardziła łatwym miejskim życiem kobiet w kapeluszach. Za to pomagała rodzącym. Umiała ulżyć w największych porodowych bólach i przekręcić źle ułożone w brzuchu dziecko lepiej niż niejeden lekarz. I jak mówili we wsi, miała boży dar, bo każde rodziło się zdrowe.

- Idź, zapytaj, dowiedz się, zdaje mi się, że słyszę jej słowa, które brzmią jak rozkaz. Pukam do drzwi. W nowych domach mieszkają już nowi ludzie, ale nagle przypominają sobie, że ostatnią z rodzin z dawnej Grąziowej przesiedlono do pobliskiej Wojtkowej. Jadę tam, by pokazać list, zdjęcia prababki Tekli z domu Kwolik i wujka Mikołaja. Opowiadam historię ich życia. Słuchają uważnie. I nagle starsza pani mówi - ja też jestem Kwolik. Tylko z których Kwolików byli Tekla i Mikołaj? Czy tych spod młyna, czy tych obok kościoła? A może chodzi o mojego wuja Kwolika, który był wiejskim pisarzem i wójtem. Im więcej pytań, tym trudniej. I wtedy przypominam sobie słowa mojej babki Anny - powinowatym naszym był wójt i pisarz. A więc jednak! Starsza pani i ja jesteśmy rodziną, daleką co prawda, ale rodziną! Wracam raz jeszcze do Grąziowej, by spojrzeć na wiejską drogę, stary cmentarz zarośnięty wysoką trawą, opuszczone sady. Historia bohaterów listu i zdjęć, które przewędrowały pół świata, tu się zaczyna i kończy. Nad lasem gęstnieje zmrok, trzeba wracać. Nie przeszkodził mi zły duch czarownicy, przed którą zamykano drzwi domów i chowano inwentarz. Spełniłam obietnicę daną kiedyś babce Annie, że odnajdę to miejsce niezwykłe, gdzie rydze można było kosą kosić, maliny garściami rwać i smarować czarny chleb wrzosowym miodem. Oryginał listu ciągle leży w jej książeczce do nabożeństwa. Kopię zostawiam w kościele w Wojtkowej. Wkładam ją za święty obraz. Ten tajemny schowek wymyśliłam sama. Chciałam, żeby tu pozostał. Taka też była kiedyś wola mojej babki Anny. Wierzę, że i Mikołaj jest zadowolony, bo chociaż morze nie wyschło, to jednak wrócił!

Ewa Grętkiewicz

 

Podziel się
oceń
11
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 25 marca 2016 1:31

    w notatce niżej powinno być Tadeusz Burda zamiast- Władysław. Chcę też skorygować błąd w nazwisku Hałuszczak- jest poprawnie. Czasem jak w tekscie "Historia" Grąziowej występuje -Hołudzczak- co jest błędem
    drechsler@wp.pl

    autor drechsler

  • dodano: 24 marca 2016 12:36

    Michał Hałuszczak z Grąziowej-Górnej to był mój dziadek jego żona Anna pochidzila z sąsiedniej wsi Wojtkowa zostali przesiedleni na Mazury "Akcja Wisła" Tutaj zmarli są pochowani w Węgorzewie. Siostra dziadka Maria wyszła zamąż za Sokalskiego z Grąziowej - po wojnie mieszkali w rosji-obecnie Ukraina obwód Tarnopolski Sambór . Druga siostra dziadka Anna Burda -po mężu. Ich syn Władyslaw Burda- mieszkała we wsi Wojtkówka koło Ropieńki. Pozdrawiam . Jeśli ktoś posiada jakieś informacje o tych osobach proszę o kontakt- mój meil: drechsler@wp.pl

    autor drechsler

  • dodano: 03 maja 2015 8:54

    Dzięki za wpis...
    Może jednak jakieś stare zdjęcia lub dokumenty... : )
    Ukłony

    autor graziowawiar

  • dodano: 01 maja 2015 19:17

    Moja rodzina pochodzi z Grąziowej - nazwisko Józef MICHNICZ .Ożeniony w czasie wojny z wojtkowianką MARIĄ Burda .Tam w Grąziowej urodziły się dzieci : Wiktor (1943)i Anna (1946) MICHNICZ .W ramach akcji "Wisła" zostali wysiedleni do Giżycka .
    Pozdrawiam serdecznie .

    autor bo-na

  • dodano: 28 października 2012 11:25

    Można sprawdzić, a może lepiej niech to pozostanie tajemnicą cerkwi - kościoła w Wojtkowej...

    autor graziowawiar

  • dodano: 27 października 2012 19:46

    hmmm ciekawe czy jeszcze się tam znajduje, no i za którym obrazem...:)

    autor mona

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

środa, 26 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  104 785  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O moim bloogu

Historia miejscowości Grąziowa nad Wiarem

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 104785

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl